Londyn od kuchni cz. 2

Po jubileuszowych Winnych Wtorkach wracamy do Londynu. W poprzednim odcinku było luksusowo, a dziś pubowo-streetfoodowo. Przed wyjazdem wiedzieliśmy, że naszym punktem “must see” jest Borough Market. To liczący 800 lat targ mieszczący się pod wiaduktem kolejowym w bezpośredniej bliskości London Bridge na południowym brzegu Tamizy. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła nam się w oczy na targu, było wielkie pieczone prosię i kilkunastoosobowa kolejka do stoiska, gdzie sprzedawali kanapki wypełnione po brzegi “pulled pork”. Zaraz obok azjatyckie pierożki, szaszłyki satay, bułki z całą gamą kiełbasek, falafel itd. Do tego stoiska z pieczywem, słodyczami z małych manufaktur (krówki, rachatłukum w 1000 smakach). Później dochodzimy do właściwego targu, czyli hali pod mostem. Tam są stoiska warzywne, stacje z serami (brytyjskimi i zagranicznymi), wędlinami, rybami i owocami morza, garmażerią, stoiska mięsne a także ludzie sprzedający lokalne piwa. Prawie na każdym z nich można zamówić danie przyrządzane ze sprzedawanych produktów. Dla nas numerem jeden były burgery ze szkockiej sarniny. Bułka (rodzaj maślanej) posmarowana była tajemniczym sosem (pastą) do tego krwisty burger, boczek, dojrzewający cheddar, sałata i marynowana czerwona cebula. Mistrzostwo świata. Do tego zimny Lager z sąsiedzkiego pubu “The Market Porter” wypity przed wejściem i świat był piękny 🙂 Oprócz burgerów można kupić kalmary, makrele z grilla, są wielkie patelnie z paellą a pragnienie można ugasić prosecco z kija albo cydrem. Kolejnego dnia zjedliśmy solidną porcję “fish and chips”. Dorsz, łupacz, halibut lub gładzica w gęstej panierce z bardzo dużą porcją frytek. Tłuste… ale jakość frytury pierwsza klasa. Warto spróbować. Do tego stanowiska ze świeżymi ostrygami i brytyjskim winem musującym – czyli tym z czego Anglia jest najbardziej dumna, jeśli chodzi o winiarstwo. Duży wybór butelek w różnych stylach. Ceny w detalu iście szampańskie – 25-35 GBP za butelkę. Spróbowaliśmy dwóch etykiety przy okazji ulicznej degustacji. Jedna próbka była iście Cava’ova z pod znaku Brut Nature, a druga klasycznie drożdżowo szampańska. Znakomita jakość. Ceny jednak trochę odjechane. Na terenie Borough Market jest też winebar – Bedales . Nie jedliśmy tam tylko odpoczęliśmy chwilę przy kieliszku różu. Ceny dosyć wysokie, jednak wybór wina bardzo zadowalający. Można jednak spokojnie ominąć.

 Drugim miejscem pełnym streetfoodu, które zwiedziliśmy, było Portobello Road na Notting Hill. Pomiędzy straganami ze starociami i odjazdowymi ciuchami czają się wózki ze świeżymi kokosami, wymyślnymi frytkami, pealla itp. Duże wrażenie robią patelnie z potrawami afrykańskimi i hinduskimi. Oprócz tego cała masa stoisk z grzybami, warzywami, owocami czy też domowymi słodyczami. Warto popróbować nowych smaków w czasie spaceru czy zakupów.

Mieszkaliśmy w City, więc ilość pubów była rzeczywiście imponująca. Przy Liverpool Station ogromny wybór piwa jest w The Shooting Star, czy też w bardzo tradycyjnym Woodin’s Shades. Na jedzenie jednak warto wejść do Dirty Dicks . Jak to często bywa na dole podają drinki i prostsze menu, a na górze można spokojnie usiąść i zjeść coś poważniejszego. Tradycyjne Shephard’s Pies (z jagnięciną czy wołowiną), szynka pieczona (na ciepło i zimno), boczek z grilla czy też klasyka, czyli jagnięcina (comber, pieczeń etc). My zamówiliśmy comber jagnięcy na sałacie z puree ziemniaczanym i sałatą. Przyszedł “blue” tak jak chcieliśmy – w mięsożernym kraju wiedzą jak to robić 🙂 Do tego kieliszek czerwieni z południa Francji i wszystko gra. Najczęstsze w pubach wina na kieliszki – jeśli białe to Chardonnay z Austrlii, różowe jakaś Hiszpania a czerwone właśnie Langwedocja. Średni kieliszek 175 ml a duży 250 ml 🙂 . Trzy to już butelka 🙂 W czwartek jak się przewali do 21:00 dziki tłum z City jest już spokojnie i można bez przeszkód nawet pogadać 🙂 i wypić ze trzy 🙂

 W domu postanowiliśmy jakoś odtworzyć styl tych dań. Burgery jagnięce z miętą i suszonymi pomidorami oddają jak najbardziej klimat brytyjskiej kuchni pubowej. Potrzebujemy 0,5 kg mielonej jagnięciny (Crazy Butcher na Olkuskiej, Carrefour Arkadia, Leclerc Ursynów – jak nie będzie mielonej to łopatka zawsze się znajdzie i można zrobić to w domu). Mięso mieszamy z przeciśniętym przez praskę ząbkiem czosnku, posiekanymi drobno – czerwoną cebulą, suszonymi pomidorami oraz miętą. Doprawiamy solą i pieprzem, jeszcze raz mieszamy i odstawiamy na co najmniej godzinę, aby smaki się przegryzły. Formujemy 4 burgery i smażymy na oliwie z oliwek (na grillu lub na patelni) po kilka minut z obu stron, w zależności od kształtu burgerów. Gdy są bardziej płaskie wystarczy kilka chwil, aby były rumiane na zewnątrz i różowe w środku. Podajemy je z bułką podgrzaną na tej samej patelni czy grillu (tak, aby soki z mięsa trochę wniknęły do pieczywa) oraz sałatą. Do sałaty proponujemy sos z oliwy, sosu worcestershire i octu winnego z czerwonego wina. Zobaczcie, jakie proporcje Wam najbardziej pasują!

Do burgerów otworzyliśmy Langwedocję 🙂 Pere et Fils Syrah Grenache IGP Pays d’Oc 2012, Laurent Miquel kupione za 37 PLN w Wejman winebarze na ul. Zgoda w Warszawie. Wina tego producenta lubimy, a tego klasycznego blendu w jego wykonaniu, w tej etykiecie jeszcze nie próbowaliśmy. Kolor śliwkowo-rubinowy, ciemny z amarantowym, jaśniejszym brzegiem. Nos z początku obfitujący w dużo nut zwierzęco mięsnych – klasycznych dla południa Francji. Później znikają one na korzyść pełnego owocu. Usta w miarę lekkie i bezpretensjonalne. Bardzo owocowe – śliwki, trochę bardzo dojrzalej czereśni. Kwasowość niezbyt duża, ale bardzo miła i podkreślająca słodycz owocu. Ma fajną równowagę i świetnie się pije. O to właśnie chodzi w tych langwedockich winach – ma być owoc, balans, trochę pieprzu i wiele przyjemności. 87/100 Zdecydowanie polecamy.

Do burgerów jagnięcych Pere et Fils Syrah Grenache IGP Pays d’Oc 2012, Laurent Miquel jakby w pierwszej chwili trochę za owocowe. To jednak nie przeszkadza. Później jak smaki się przegryzą to wino fajnie odświeża. Dosyć uniwersalna etykieta w tym przypadku też się sprawdziła.

W Polsce pubowe jedzenie sprowadza się do kiełbasy, skrzydełek, nachosów i może już na szczęście coraz częściej burgera wołowego – jest to jednak tylko dodatek a nie sztuka kuchni barowej najwyższych lotów. Gdyby było inaczej może raz na jakiś czas wypilibyśmy piwo? A tak może na szczęście dla nas piwo tylko na wyjazdach 🙂

Londyn trochę poskromiony kulinarnie, ale jeszcze nie zdobyty – pewnie za jakiś czas sprawdzimy więcej streetfoodowcyh możliwości i pubów. To ciekawe doświadczenie.

Do następnego!

A&W