Barcelona od kuchni: Tapas!

 Krótki wypad do Barcelony pozwolił nam “naładować akumulatory” na resztę zimy. W momencie, gdy w Polsce następowało ocieplenie z -16 na -2°C my cieszyliśmy się +20°C temperaturą. W okolicach południa t-shirt był najodpowiedniejszym ubraniem 🙂 Tym razem postanowiliśmy spędzić te kilka dni mocno hedonistycznie – odwiedzając zarówno znane i lubiane lokale, nowe miejsca, spędzając czas na bazarach, czy też winebarach. Dziś więc trochę o tych pierwszych.

Generalnie, dosyć trudno powiedzieć ,co jest typową kuchnią, czy też daniem dla Barcelony. Jako istotne miasto portowe, gdzie zbiegały się szlaki handlowe z wielu kierunków, podlegało wielu wpływom kulinarnym. Może takimi najbardziej kojarzonymi z miastem potrawami są kiełbaski z fasolą (też w formie kaszanek), chleb natarty pomidorem czy suszony dorsz a la llauna (przepis podamy w którymś z kolejnych odcinków). Dziś Barcelona to również istny tygiel kuchni z całej Hiszpanii – znajdziemy tu i Pintxosy (baskijskie kanapeczki), różne formy tapas (pochodzące raczej z centralnej części kraju) czy też Paealle. Może tylko duża ilość owoców morza jest ważniejszym wyróżnikiem – głównie z uwagi na położenie miasta. Barcelona jest też najeżona gwiazdkami Michelina. Mieści się w niej chyba największa ilości (oprócz Londynu i Paryża) topowych restauracji w Europie. Tacy szefowie jak bracia Ferran i Albert Adria, Carme Ruscalleda czy Joan Roca odcisnęli istotne piętno nie tylko na katalońskiej, ale na światowej kuchni.

My skoncentrowaliśmy się na tapasbarach oraz na kilku rekomendowanych przez szefów kuchni prostych restauracjach. Na początku o klika słów o miejscach z przekąskami. Pochodzenie tapasów wywodzi się od problemów żołądkowych Alfonsa X Mądrego, któremu lekarz zabronił wystawnych przyjęć, a nakazał spożywać małe porcje, ale ze to często. Stało się to modne i szybko rozprzestrzeniło po Królestwie. Dziś tapas to forma radosnego spędzania czasu – wśród znajomych, gwaru, piwa oraz wina. O ile konsumpcja wina w Hiszpanii utrzymuje się na stałym poziomie, to piwa wyraźnie wzrosła. Ten trend widać wyraźnie w tapas barach, gdzie duża część gości trzyma w dłoni kieliszki (zwykle o pojemności 0,4) z lekkim lagerem. Zresztą przy takiej różnorodności przekąsek wydaje się, że piwo świetnie spełnia swoja rolę. W Barcelonie bary te są raczej eleganckie i często oblegane przez turystów. W odróżnieniu, madryckie lokale są proste, lokalne, mniej wykwintne, ale za to pełne madrilenos, wpadających rano wypić kawę i podyskutować o wczorajszym meczu, czy też wieczorem na szklankę piwa i talerzyk oliwek czy też patatas bravas.

Od razu po przyjeździe do Barcelony i zostawieniu walizek w mieszkaniu udaliśmy się do jednego z naszych ulubionych miejsc – “Ciudad Condal”. Ta dosyć mocno oblegana knajpa serwująca tapas znajduje się w północnej części Rambli zaraz powyżej Placa de Catalunya. Posiada część restauracyjną, która mniej nas interesuje oraz to co najważniejsze – część barową – gdzie za przeszklonym srebrnym kontuarem połyskują świeże ryby i owoce morza, a także znajdują się sałatki, kombinacje grillowanych warzyw, kanapki z szynką Serrano, omlety itd. Barmani są ubrani w białe liberie i w dużej części są wschodniego pochodzenia. Są bardzo szybcy i podają napoje, wybrane tapasy a także przekazują dania pomiędzy kuchnia a klientem (kelner zgarnia np. świeże kalmary z półmiska na talerzyk i przekazuje na zaplecze do smażenia). Oprócz tradycyjnej (sic!) sałatki rosyjskiej – będącej wersją polskiej sałatki warzywnej, która jest obecna chyba w każdym tapas barze, polecamy w “Ciudad Condal” prawie wszystko. Boquerones – delikatne białe anchovies w ostrzejszej zalewie octowej, smażone w głębokim tłuszczu małe kalmary lub małe rybki, paprykę z pieca nadziewaną serem, krokiety z kurczaka z dodatkiem szynki Serrano. Wspaniałe są też croissanty z Serrano na ciepło czy też z suszony schab wieprzowy z smażonymi papryczkami itp. W tym miejscy lubimy też białą Sangrię. Mieszanka Cavy, Ginu, Cointreau, cytryny. Mocna i orzeźwiająca 🙂 “Ciudad Condal” nie jest tanim miejscem (o takie w Barcelonie generalnie trudno), ale też dostarcza wysoką jakość. Tapasy w średnio zakresie 4-8 EUR, sangria 16 EUR za litr, kieliszek porządnej Crianzy (Vina Pomal) 3 EUR, piwo 3 EUR. Warto – bo jakość pierwsza klasa.

 Drugim tapsbarem, który chcielibyśmy opisać w lekkim kontraście do poprzedniego jest “Pulperia”. Trafiliśmy tam dzięki przewodnikowi “Where Cherfs Eat”, ale bynajmniej nie dlatego, że był on polecany, ale dlatego że pod tym adresem miał być inny lokal, którego nie znaleźliśmy 🙂 “Pulperia” jest w bardzo dogodnym miejscu pomiędzy muzeum Picassa a muzeum czekolady na Cerrer de la Princesa 50. To inne miejsce niż “Ciudad Condal”. Proste, tańsze, wypełnione nie tylko turystami czy też barcelończykami wychodzącymi z szykownych domów handlowych. Obsługa jest wesoła, trochę może nawet poufała, ale wszystko w normie, choć sztywniacy chyba nie znajdą tam zrozumienia 🙂 Amerykanie mieli trudności z przyjęciem do wiadomości, że w tym miejscu nie ma menu tylko zamawia się “oczami” – czyli wszystko leży w gablocie na barze. Tapasy bardzo proste – w roli głównej, zgodnie z nazwą restauracji, ośmiornica w oliwie posypana pikantną papryką (dosyć duży talerz 10 EUR – to najdroższa potrawa), pieczywo natarte pomidorem, małże, sałatki, duży wybór kiełbasek, krokiety, patatas bravas itp. No i oczywiście piwo – 2 EUR szklanka. Wino 1,75 EUR podawane w śmiesznych płaskich kieliszkach. I o to chodzi – to nie restauracja, tylko gwarny bar, gdzie nagle zaczynacie żartować z ludźmi ze stolika obok. Gdybyśmy mieli ochotę na lunch będąc w okolicy na pewno powtórzymy wizytę. Pielgrzymować natomiast nie będziemy 🙂

W Warszawie odtworzyliśmy sobie typowe tapa – sałatkę z pieczonych warzyw na grzance . Warzywa tradycyjnie pieczone powinny być na grillu, ale dziś większość korzysta z piekarnika. A więc zaczynamy – pieczemy średnią cebulę (w łupinie, ale bez najbardziej suchej warstwy), całą czerwona paprykę i średniego bakłażana (którego możemy lekko ponakłuwać widelcem przy ogonku, żeby nie pękł) w temperaturze 200°C około 35-40 minut, przekręcając warzywa od czasu do czasu. Jeśli cebula jest większa, można dać jej więcej czasu wyciągając wcześniej paprykę i bakłażana. Studzimy warzywa, obieramy ze skórki (z papryki usuwamy gniazda nasienne) i kroimy w paski a cebulę w piórka. Delikatnie je solimy. Bulkę o dosyć zbitym miąższu kroimy na kromki i robimy z niej półtwarde grzanki w piekarniku. Nacieramy je delikatnie czosnkiem. Układamy na nich warzywa, czarne oliwki i fileciki anchovies. Polewamy oliwą z oliwek. Może to być przekąska, przystawka, w/endowy lunch, czy też element wesołego wieczoru z tapasami, jaki zorganizujemy z przyjaciółmi. Do grzanek z sałatką z pieczonych warzyw otworzyliśmy wino jak z tapas baru! M. Luz Rioja DOC 2014, Vinedos Real Rubio . Blend Viury, Chardonnay, Sauvignon Blanc, Verdejo i Malvasi. Bardzo ładny złoty, błyszczący kolor. Trochę jaśniejszy. Nos owocowy – winogrona, gruszki, trochę niedojrzałego melona. Do tego trochę trawy i kwiatów. Usta o fajnej odświeżającej kwasowości jabłek z cytryną. Trochę słodszych nut dojrzałego melona. Końcówka gęściejsza, lekko gorzkawa z dodatkiem “soku grejpfrutowego”. Dobra równowaga. Świetnie się pije! 85/100 Butelkę kupiliśmy w Starwines za 25 PLN! O to chodzi w tapas – kanapka z warzywami i anchovies, nie drogie dobre wino, które możemy pić ze szklanek. Ach, jakie to naturalne. A dodatkowo M. Luz Rioja DOC 2014, Vinedos Real Rubio wypada nieźle do naszych grzanek. Może w konfrontacji z anchovies robi się trochę zbyt świeżo i ostrawo, ale potem wszystko łagodnieje. Wino to sprawdzi się do wielu tapsow i przekąsek. A na niezobowiązujący wieczór z grupą znajomych będzie pasowało jak ulał.

W kolejnych odcinkach będą barcelońskie bazary, restauracja wegetariańska i trochę o niezłych butelkach, jakie udało nam się wypić 🙂

Do następnego!

A&W