Amsterdam 2018: Tradycyjnie – Haesje Claes

Byliśmy już w Amsterdamie na burgerze i śledziu oraz w jednogwiazdkowej restauracji. Teraz zjemy tradycyjnie. W hotelu powiedziano nam, że gdybyśmy chcieli spróbować holenderskiego jedzenia, to mamy koniecznie iść do Haesje Claes (Spuistraat 275). Restauracja powstała w 1974 roku, ale oryginalnie mieściła się w innym miejscu, gdzie w XVI wieku mieścił się miejski sierociniec. Restauracja została nazwana imieniem i nazwiskiem jego założycielki. Po przeniesieniu pod dzisiejszy adres – restauracja początkowo funkcjonowała w jednej sali na parterze. Dziś się mocno rozwinęła i klienci mają do wyboru kilka sal – również na piętrze. Wszystkie urządzone w starym, holenderskim stylu. My dostaliśmy stolik w głównej, gdzie mieliśmy świetny widok na większą część restauracji oraz bar.

Na początek wzięliśmy piwo dnia J oprócz klasycznych, stałych pozycji, co jakiś czas dodatkowo w karcie pojawia się jakiś ciekawy browar. Skorzystaliśmy z czerwonego lagera. Świetne rozpoczęcie kolacji. Chcieliśmy spróbować klasycznych holenderskich przystawek, więc zamówiliśmy 1 talerz różności na 2 osoby. Znalazły się tam oczywiście krokiety (1 z krewetkami i 1 z serem), kawałek matjasa na pumperniklu (obowiązkowo z wbitą holenderską flagą), zupa porowo-musztardowa z węgorzem, wędzony łosoś z sosem chrzanowym, sałatka śledziowo-ziemniaczana, terryna wieprzowa z konfiturą cebulową oraz pasta z makreli na grzance. Cały talerz poprawny, dający przekrój tradycji – jednak nie tani – 19,95 EUR. Najciekawsza była chyba zupa musztardowa, która wnosiła całkiem nowe smaki.

Do dań drugich chcieliśmy wziąć holenderskiego Regenta, jednak Pani kelnerka mocno odradziła. Nie chciała żebyśmy robili sobie krzywdę J Zostaliśmy zatem przy piwie. Helenderskie dania wyglądają jak lekki misz-masz. Wszystko zmieszane i wrzucone na talerz. Tak to właśnie wygląda. My zamówiliśmy długo duszone policzki wieprzowe z groszkiem, boczkiem i cebulą. Wyglądało to na danie jednogarnkowe podlane ciemnym gravy (17,25 EUR). Porcja wyglądała na średniej wielkości, jednak była bardzo pożywna. Ciężko było ją skończyć, a że policzki były bardzo miękkie i smaczne – to jednak talerz został pusty. Drugim zamówionym daniem było jedno z najbardziej tradycyjnych jakie można zjeść w Niderlandach – Stamppot. Krajowa specjalność od XVI wieku. Występują różne warianty Stamppot, ale podstawą jest puree ziemniaczane, mieszane z różnymi dodatkami oraz podawane z różnymi rodzajami mięsa. Jest to kompletnie zgodne z recenzją holenderskiej kuchni, zaprezentowaną przez autorkę książki „Stuff Dutch People Eat”  Coleen Geske:

  1. Mash the hell out of something
  2. Boil the shit out of something
  3. Deep-fry the life out of something

Punkt 1 i 2 absolutnie zostają wyczerpane w Stamppot. A więc może on występować z marchewką i cebulą. Czyli taki jak zamówiliśmy i pokazujemy na zdjęciach. Wtedy gotujemy ziemniaki razem z warzywami, odcedzamy i tłuczemy. Można podawać go z plastrem boczku, klopsem lub kiełbasą typu „parówkowa”. My dostaliśmy ze wszystkimi dodatkami (17,25 EUR). Jest też wersja z jarmużem (podobnie jak poprzednio warzywa gotowane są razem), jest też wersja „zimowa”, czyli tłuczone ziemniaki z kapustą kiszoną lub z jabłkami – ten podawany z kawałeczkami smażonej wieprzowiny. My na potrzeby dzisiejszego odcinka przygotowaliśmy wariację na temat Andijviestamppot – czyli Stamppotu z dodatkiem endywi, którą zastąpiliśmy rukolą (podobnie gorzkawy smak i chrupkie listki). Gotujemy ziemniaki w osolonej wodzie. W tym czasie podsmażamy boczek na patelni i kroimy endywię (rukolę) na mniejsze kawałki. Przekładamy boczek do miseczki i na tej samej patelni podsmażamy serdelki (my skorzystaliśmy z dużych parówek Tarczyńskiego). Tłuczemy ziemniaki z masłem i mlekiem, doprawione gałką muszkatołowa, solą i pieprzem na gładka masę. Możemy użyć też śmietany. Mieszamy z boczkiem oraz sałatą. Podajemy z serdelkami na wierzchu. Możemy je oczywiście zastąpić klopsem lub innym mięsem.

Po takiej kolacji jak w Haesje Claes nie pozostaje nic innego jak kieliszek dobrego digestive… najlepiej lokalnego – jałowcowy Jenever powinien przynieść ulgę po tak ciężkim posiłku.

Wracamy więc już do Polski i w kolejnym odcinku pewnie coś na długoweekndowe grillowanie się znajdzie!

 

Do następnego!

A&W